piątek, 8 września 2017

2.7

''Nie chcę odpuścić
 Wiem, że nie jestem tak silny
 Chcę cię tylko usłyszeć 
Kiedy mówisz, chodźmy do domu.''


P.O.V Daniel


Wpadła do domu jak błyskawica. Włosy miała całe w białym puchu, a policzki mocno zaczerwienione. Z łatwością dało się zauważyć, że znowu płakała.


- Ana, gdzie byłaś całą noc?


Spuściła wzrok i westchnęła przeciągle, jakby nie wiedziała, czy powiedzenie prawdy będzie odpowiednie.


- Nieważne.


- Martwiłem się, dobrze wiesz w jakiej sytuacji jesteśmy- mruknąłem, wieszając jej kurtkę na wieszaku.


- To ja jestem... Daniel nie mieszaj się w to i tak z resztą niedawno już uznałeś, że nie warto- zacisnąłem pieści, jak się wygadam to po wszystkim. Po prostu nie mogłem jej powiedzieć, musiałem udawać.


- Gdzie byłaś?- chciała przejść, ale zagrodziłem jej drogę.- Gdzie byłaś?


- Tam, gdzie powinnam.


- Ana, do cholery!


- Byłam u Petera....


- Jeśli on się dowie, wiesz co będzie!- wkurzyłem się, bo cholera mieliśmy plan, mieliśmy szanse, a jeśli on by się dowiedział, to wszystko mogłoby się zepsuć.


- Nie wie, okej? Nie ma pojęcia, pożegnałam się z nim tak jak powinnam...


- Będzie cię szukał, on cię kocha- warknąłem. Kocha ją i będzie walczył. Jeśli dowie się kim jest Dave i co jej zrobił, wszystko pójdzie nie tak.


- On nie jest zdolny do tego, to jednak Peter Prevc...


- Mylisz się, zostaw ich Ana i odejdź w spokoju.


- Przepraszam, co?- spojrzała na mnie wściekła.- Znudziło ci się ratowanie mnie? To mogłeś powiedzieć od razu!


- To nie tak, po prostu...


- Po prostu co?! Zachowujesz się jak on wiesz? Rozumiem, że mnie kochasz, a ja kocham go, ale...


- Nie o to chodzi- warknąłem i zmusiłem się do powiedzenia słów, które nigdy nie powinny zostać powiedziane. Wiedziałem, jak bardzo mogą ją zaboleć, ale musiałem ją wycofać, sprawić, że sama się podda i wróci do Janusa...- Oni zapomną cię po tygodniu, ja już zapomniałem, mieszkasz tu, bo Aleks chciał cię uszczęśliwić, ja już mam to gdzieś. Każdy w końcu umiera, jeden w tą, czy w tą. Jest wiele takich jak ty, on też to zrozumie. Nauczyłaś Petera być dobrym? Nic takiego, wiele osób by potrafiło. Przeżyłaś coś w życiu? Jak wszyscy! Zapomnieliśmy o tobie, tyle osób ci zginęło, nie masz do kogo wracać! Mi bez ciebie było o wiele lepiej.


Zamknęła oczy i potrząsnęła głową, usłyszała doskonale każde słowo. Wzięła głęboki oddech i przetarła oczy. Nie chciałem w nie patrzeć, nie chciałem spojrzeć na nią i wiedzieć, jak bardzo przesadziłem. Musiałem pozbawić ją chęci walki, musiałem wmówić jej, iż zaraz jej tu nie będzie.


- Dobrze wiedzieć- wyszeptała, a po chwili uśmiechnęła się krzywo.- Za niedługo już mnie tu nie będzie, nie martw się, twój problem zniknie. 


Zniknęła za ścianą pokoju, a ja z trudem powstrzymałem się od uderzenia w ścianę. Zostały nam 3 dni na opracowanie idealnego planu, na przekonanie Any, że nie ma sensu walczyć. Ona nie mogła przed jego przyjazdem go zdenerwować. Wtedy wszystko na nic...


- Wszystko będzie dobrze, przyrzekam Ana...- odetchnąłem ciężko, zdając sobie sprawę na co się porywam. Ale dla niej wszystko, dla niej mógłbym umrzeć. Bo cholera to była Anastazja Voel, nikt inny. Nie znalazłbym nikogo lepszego, ona była niesamowita w samej sobie. Nie rozważałem nigdy za co, dlaczego ją tak kocham... To było niepotrzebne, wiedziałem tylko, że zrobię dla niej wszystko. 





''Długa, niekończąca się autostrada 
Jesteś cicho obok mnie, jadąc przez koszmar,
 przed którym nie mogę uciec.''


P.O.V Jurij


- To się do cholery nie uda!- spojrzałem na trójkę mężczyzn siedzących na kanapie. Daniel patrzył w okno, przygryzając wargi. Albo się bał, albo coś się po prostu stało z Aną. Wolałem nie pytać, na razie ważne, że żyła. Goran pukał nerwowo w ławę, jakby mój wywód nie miał sensu, miał wszystko zaplanowane. Ale kto powiedział, że się nie uda? To był w końcu jego syn... Aleks słuchał mnie uważnie, jakby zastanawiał się, czy dobrze robimy. Albo po prostu wiedział ile straciliśmy...


- Może powinniśmy...


- Nie ma opcji- warknął Goran.- To się skończy, tym razem będzie po Anie.


- To zbyt ryzykowne...- westchnąłem, a Daniel spojrzał na mnie nieprzytomnie.- Tande?


- Co mam ci powiedzieć?- wzruszył ramionami.- Nie ma opcji, abym się wycofał.


- Czemu jesteście, aż tacy pewni?


- Kto powiedział, że jesteśmy? Po prostu pewnych rzeczy się nie odpuszcza.


- Przemyślmy jeszcze, czy warto jest wzywać...- ale było za późno. Drzwi otworzyły się, a do pokoju weszło 15 mężczyzn. Każdy z nich miał na sobie czarną skórę od nowo przyjętych nastolatków do tych grubo po ''piećdziesiątce''.- To nie jest dobry pomysł...


- Spokojnie młody, my też potrafimy zabijać- nie jestem raczej fanem czarnego humoru, więc szybko to wyczuł i zmienił temat.- Mamy broń, kamery i wszystko o co prosiłeś, zaczynamy?


- Jasne- trener machnął ręką i wyszedł z pokoju razem z całą zgrają. Odetchnąłem i usiadłem na krześle. Nie byliśmy wyjątkowi, skakaliśmy tylko kilka metrów na nartach, nic takiego. A teraz mieliśmy złączyć siły ludzi, którzy wręcz się nie znają. 


- Nie wiem, czy będzie dobrze, ale nie możemy się już wycofać, nie szukaj mniejszego niebezpieczeństwa, musimy ryzykować.


- Aleks, kocham ją i przysięgam zależy mi, ale ja się po prostu boję.


- Czego?


- Że sobie nie poradzimy, że ona zniknie, że jest lepsze wyjście...


- Nie ma Jurij... Nie będzie. Strach cię przerasta.


- Ona straciła wszystkich, a teraz ja stracę ją... Boję się najzwyczajniej w świecie.


- Wszyscy się czegoś boimy- poklepał mnie po ramieniu.- Jeden boi się zwykłego pająka, drugi boi się skoku z ogromnej wysokości, nie jesteśmy niezniszczalni. Dobrze jest się bać Jurij. Jakby to miałobyć, gdybyś nigdy nie bał się skoczyć? Czy poczułbyś tą adrenalinę, czy poczułbyś satysfakcję? Czy byłbyś szczęśliwy? Nie, po prostu byś przyjął nagrodę, jakby była jedną z wielu..


- I wtedy bym po prostu się przyzwyczaił. Nie czułbym presji i zawodu, nie czułbym nic, prócz zobowiązania.


- Dokładnie tak, jakbyś wszystko znał i był niezniszczalny, ale czy warto jest być niezniszczalnym? Wtedy wszystko by szło zbyt łatwo, zbyt szybko byś się nudził...- westchnął, patrząc na mnie z politowaniem.


- Może masz rację...- spojrzałem przez okno, idealnie było widać skocznie. Piękną, ale niebezpieczną, czym bym był bez niej? Czym bym był bez nart i moich gogli? Czym bym był bez strachu, bez stresu, bez skoków?- Muszę się przyzwyczaić, że czasem musimy się bać, bo to jest ludzkie. A my w końcu jesteśmy tylko ludźmi.


- Tak właśnie- uśmiechnął się szeroko i chwycił jedną z broni, która leżała na stole- Więc mamy trzy dni, na to, by nauczyć cię strzelać.


- Nadal w to nie wierzę- spojrzałem na czarny pistolet, jakby miał mi zaraz sam odstrzelić pół głowy.- Ale jak bać się, to bać się o coś cennego.






*

Chwyciłem ręcznik i wytarłem spocone dłonie, nie mogłem pokonać stresu.

- Po prostu to zrób- chwycił moją dłoń w której nerwowo ściskałem pistolet.

- Nie strzelę.

- To tylko tarcza, musisz po prostu nacisnąć spust.

- To nie jest takie proste!- rzuciłem bron przed siebie i kopnąłem. Czy oni do cholery zdawali sobie sprawę co robimy? Bo mi się nie wydaje... 

- Rozmawialiśmy, nawet dziś...- wiedziałem, że blondyn zaczyna się denerwować, ale no halo, czemu denerwuję się tym, a nie tym, że zamierzamy zastrzelić Dave i jego gang? 



- Nie zabiję nikogo, nie rozumiesz?!- warknąłem i ruszyłem do wyjścia.

- Więc ona zginie, chcesz tego? Chcesz ją stracić?- szarpnął mnie mocno, ale to nie wystarczyło bym tam wrócił. Wręcz przeciwnie.

- Sam wymyśle plan, lepszy plan.

- Dobrze wiesz, że nie- spojrzał na mnie ze smutkiem, nie chciałem przegrać, chociaż wiedziałem, że nie jestem w stanie jej pomóc sam.- Ale jeśli tak twierdzisz, to okej.

Puścił mnie, a ja wyszedłem jak najszybciej. Powaliło ich, przysięgam. Zgodziłem się na to, ale nie na to aby zabijać ludzi. Może byli źli, może oni zabili wielu, ale to jak zmienianie się w potwora, nie można zabijać kogoś, nawet jeśli inny plan (prawdopodobnie) nie istnieje. Byłem w cholernej rozsypce.

Usiadłem na trawie i rzuciłem kamykiem w stronę stawu. Domek niedaleko skoczni narciarskiej. Kto by się tu spodziewał strzelnicy i bandy idiotów? Byliśmy bezpieczni, mogliśmy ćwiczyć, ale w takiej cenie?

Czemu nie mogliśmy ich schwytać, a potem zadzwonić na policję? Czemu to musi być tak drastyczne? Jesteśmy przecież dobrzy, a niedawno byliśmy na dnie. Nie chciałem być taki jak oni.

Dziś miało przyjechać jeszcze 3 z ich ''paczki czarnych kurtek''. Zacząłem ich tak nazywać, ze względu na to, że cały czas chodzili w tych czarnych badziewiach. I mam ufać osobom, które tylko znam poprzez ubieranie gangsterskich ciuchów?

- O hej Jurij!- Domen przeszedł koło mnie i kierował się w stronę drzwi.- Nie mogę trenera znaleźć, a jego telefon odebrał jakiś chłopak, Patrick chyba? No nic, muszę z nim pogadać.

- Jasne, na prawo- kiwnąłem głową.

MOMENT.

Ty idioto! 

Zerwałem się z miejsca i mentalnie uderzyłem ręką w głowę. To przecież Domen!

- Emm, bo jednak trener jest zajęty- chłopak już wszedł, a ja w ostatniej chwili cofnąłem go.

- Jak to jest zajęty, przecież...

- O, jesteś już! A gdzie twoich dwóch kolegów? Dobra miesza z tym!- zaczął wysoki mężczyzna ściskając w ręku pistolet, cholera jasna, zaraz wszystko się wyda, czy oni naprawdę nie widzą, że on ma kurtkę zimową?!

- To nie...

- Cicho Jurij, już to słyszeliśmy! Nie chcesz uratować swojej kuzynki?

- Słucham?- Domen spojrzał na mnie zdezorientowany, cholera, cholera, cholera!

- Zapomniałeś po co tu jesteś młody? Jego kuzynkę śledzi od lat Dave Janus ze swoim głupim gangiem, o sto razy gorszym od naszego i zagroził jej zabicie was, wiec wyjechała i więził ją, a teraz my go chcemy zabić, bo on chcę ją zabić, proste? Proste!

I w tej chwili właśnie wszystko legło w gruzach.




''Chodzę w tę i z powrotem podczas, 
gdy ty leżysz nieruchomo. 
Przyciągają cię, żeby poczuć bicie twojego serca
 Słyszysz mnie kiedy krzyczę: "proszę nie zostawiaj mnie". ''



P.O.V Ana

Okno było szeroko otwarte, a ja mocno opatulona kurtką siedziałam i po prostu patrzyłam na skocznie. Była na tyle niesamowita, że zdołałam się uspokoić. Słowa Daniela dudniły mi w głowie, jakby chciały uświadomić, że to prawda.


Może powinnaś odpuścić?


Po tym wszystkim co przeszłam? Po tym jak wiele im zawdzięczam?


Być może tak.


- Chcesz herbaty?


Katy spojrzała na mnie smutno i usiadła obok mnie. Przyszłam do niej dosłownie 10 minut po tym wszystkim, co powiedział mi Tande. Sama bym tego nie zniosła.


- Poproszę.



- Chcesz?- postawił przede mną ciepły kubek z napojem. Dzisiaj cały dzień padało, zbierało się na burze. Osiem stopni w lato to jednak rzadka sytuacja. 

- Jaki miły- parsknęłam, a Peter machnął ręką.


- Domen kazał mi przekazać- przytaknęłam.- Nie no, żartuje, tym razem ja się wysiliłem.


Przyjrzałam mu się dokładniej i dostrzegłam w jego oczach smutek. Żadnej kpiny, żadnej złości, tylko smutek. To była rzadkość u Petera, zawsze miał pretensje, zawsze miał problemy o choćby najmniejszy szczegół, a dzisiaj wydawał się nieobecny. 


- O czym myślisz?- spojrzałam na niego zaciekawiona, a chłopak przysiadł się koło mnie.


- O niczym ciekawym- skłamał, co zdało się wyczuć nawet po barwie jego głosu. 


- Na pewno?- utkwił wzrok w przestrzeni za oknem, a ja już wiedziałam, ze stało się coś. Niekoniecznie złego, ale czułam, że coś zrozumiał.


- To nic takiego, po prostu wspomnienia...


- Wspomnienia są częścią nas Peter, nie wymażesz ich, możesz je zaakceptować... Więc czy żałujesz, czy akceptujesz?


Krople coraz głośniej stukały w szybę, a niebo robiło się coraz bardziej ciemne. Wiatr szarpał drzewami, a Peter jakby zaciekawiony tym widokiem podszedł do okna i głośno westchnął. Nie byłam w stanie stwierdzić, czy chodzi o pogodę, czy o to co czuję.


- Próbuję zrozumieć.


- Co chcesz zrozumieć?


Wzięłam łyk napoju i skupiłam wzrok na chłopaku. Wydawało mi się, jakby chciał powiedzieć mi coś ważnego, ale zastanawiał się, czy warto.


- Wiesz...- urwał na chwilę, by na mnie spojrzeć.- Nie jestem aż taki zły, po prostu niektóre rzeczy zniszczyły mnie na tyle, że zdecydowałem zostać się już zniszczony...


- Tyle, że bycie zniszczonym to jak poddanie się śmierci. Przestajesz wierzyć we wszystko w co powinieneś, odsuwasz się...


- I wtedy myślałem, że to dobre, że tak się powinno, jak zbyt boli- zamilknął i uśmiechnął się słabo.- A okazało się, że nie.


- Nie chciałeś walczyć, czułeś się zbyt przytłoczony i niepewny, wszystko i wszyscy odchodzili. Zostałeś sam- on nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo go rozumiałam.


- Ale ostatnio trochę mi się zachciało, nie chce być ani zły, ani przesadnie dobry, chcę trzymać granicę- szepnął i wstał, przyzwyczaiłam się, że nasze rozmowy nie trwają długo.


- Więc znajdź ją i trzymaj się jej.


Uśmiechnął się lekko i wziął ostatni łyk herbaty, nawet nie zauważyłam, że już ją wypił. Może po prostu czasami byłam zbyt oczarowana tym kim jest pod swoją zimną maską? 


- Już ją znalazłem, jest blisko mnie, ale ja sam nie jestem pewny, czy ja jestem gotowy, by ją mieć.




- Ana?- potrząsnęłam głową i spojrzałam na brunetkę.- Mówię do ciebie od 5 minut.


- Przepraszam, wspomnienia- mruknęłam i zawiesiłam ponownie wzrok na skoczni.


- Wspomnienia jakiego typu?

- Od tych pięknych do tych najgorszych- bo czym bylibyśmy bez wspomnień? One budowały nas, one sprawiały, że zmienialiśmy się, dorastaliśmy. Po czasie to one pomagały nam wybrać, one pomagały nam nie popełnić tego samego błędu.- Ale wszystkie... tych wszystkich, co do jednego nie chcę zapomnieć.

- Dlaczego? Nawet tego co robił ci Dave?

- A co jakby on nie namieszał w moim życiu?- przełknęłam ślinę, a brunetka patrzyła na mnie zaskoczona.- Może byłby inny, który zrobiłby jeszcze gorsze rzeczy. Może nie byłoby nikogo, może byłoby spokojnie i bezpiecznie, ale czy wtedy byłabym taka jaka jestem? Czy wtedy przeżyłabym swoją pierwszą miłość? Czy wtedy nauczyłabym się sztuki przetrwania? Czy wytrwałabym przy Peterze, czy w ogóle bym go spotkała?

- Nie...- szepnęła, a głos jej się zatrząsł.- Wtedy nie byłabyś tą Aną.

- Chyba wolę być tą Aną, która straciła obojgu rodziców przez gangsterskie porachunki, której brat powiesił się z natłoku bólu, której pierwsza miłość odeszła, a kto wie? Może byłaby najpiękniejszą, jaką by świat widział... Tą Aną, która lata uciekała przed szalonym mężczyzną, próbującym ją zabić... Ale ona już przestała uciekać.

- Co? Co ty teraz mówisz?- ścisnęła moje ręce, była przerażona, a ja? Ja już traciłam nadzieję.

- Nie chcę uciekać, chcę żeby oni byli szczęśliwi, a dopóki ja tu jestem im wiecznie coś grozi.

Łzy popłynęły po moich policzkach, mocno zacisnęłam zęby. Miałam być silna, miałam nie płakać, miałam być niezniszczalna. Przecież dałam sobie radę przez tyle lat, przecież wszystko było możliwe, mimo iż zniszczyłam wszystko co cenne. Błędne koło. Kochałam i traciłam. 

- Ale oni cię kochają...- wątłe ramiona dziewczyny przytuliły mnie mocno, a ja wstrzymałam się od szlochania.- Nie można przestać kogoś kochać w dwa dni, dwa tygodnie... Nie, jeśli kochasz prawdziwie. Serce nie daje ci spokoju, przypomina w każdym miejscu, w każdej osobie, gdziekolwiek nie pójdziesz, będziesz czuła, będziesz zraniona, ale nadal będziesz kochała. 



- Więc co mam zrobić?

- Walczyć- puściła mnie i wstała.- Zamknę okno, napada nam do domu.

Krople deszczu głośno uderzały w okno, widać było pierwsze błyskawice. Burza, przelotna i krótkotrwała. Jak zauroczenie. Błyskawice, mocne i zależne od burzy. Jak zakochanie. Więc deszcz... Długi, krople nie dawały poznać, że to łzy, spokojny, nie na chwilę... Piękny, uspokajający. Jak miłość. 

- W dodatku nie lubię tego odgłosu- westchnęła.

- Zostaw, chociaż na chwilę- poprosiłam.- Wiem, może cię irytować ten dźwięk, ale jeśli dobrze go zrozumiesz... To będzie twój.

- Więc czym on jest dla ciebie?

- Dla mnie?- przetarłam oczy i uśmiechnęłam się lekko.- Niczym szczególnym dla innych, po prostu biciem jego serca. 



''Bezradnie się modląc, światło nie blaknie
 Chowając szok i chłód w moich kościach 
 Chodzę w tę i z powrotem podczas, gdy ty leżysz nieruchomo.''


P.O.V Peter


Obiecywać można wiele. Obiecywać można kawę o poranku, obiecywać można dobrą pogodę na weekend. Przysięgać można, że będzie się zawsze, że się nie zostawi. Lecz, czy każdego poranka obudzisz się i zrobisz kawę ukochanej? Może będziesz spieszył się do pracy, a może kawy po prostu nie będzie? Czy jesteś pewien, że będzie ładna pogoda, a co jak pojawią się chmury? Co jak serwis internetowy pogody się pomylił?


A czy... Czy da się być zawsze? Bo w końcu zawsze to trochę długo. Obiecujesz, że nie zostawisz? A co jak się pokłócicie, nie wyjdziesz z pokoju trzaskając drzwiami? Czy znasz ją na tyle dobrze, że wiesz, iż nie zrobi sobie krzywdy z obawy utracenia ciebie? 

Nie obiecuj. To zbyt krótkotrwałe. Nie znasz przyszłości, jedyne co masz to te sekundy, które liczysz. 

List w mojej kieszeni, wieczór, spacer i sam ja. Czego chcieć jeszcze od życia, które łaskawe nie jest? Powoli chodziłem między alejkami, próbując przypomnieć sobie każdą chwilę, choć wcale nie musiałem. Widziałem je idealnie.

- Cóż za miłe spotkanie- szyderczy śmiech dało się słyszeć na 2 kilometry. Jej nie dało się pomylić z nikim innym.

- Dla kogo miłe, to miłe.

- Widzę, że zaostrzasz pazurki- przejechała mi po ramieniu, a ja strzepnąłem jej dłoń.

- Do rzeczy Cara.

- Już nie można normalnie porozmawiać?- uśmiechnęła się niby szczerze, choć u niej wyglądało to jak wymuszony, tak nawet wymuszony grymas.

- Nie?- spojrzałem na nią zniecierpliwiony.- Coś chcesz, czy nie?

- Śpieszysz się gdzieś?

- Z daleka od ciebie- ruszyłem, ale zatrzymała mnie w ciągu sekundy.

- Nadal nie zrozumiałeś?

- Czego?

- Dave, Dave Janus cholera- zobaczyłem w jej oczach przerażenie, zdziwiłem się mocno. Ona i przerażenie? Ona i strach? 



- No i kto to niby?

- Tego ci nie mogę powiedzieć, inaczej zrobi ze mną to samo co z...- ucięła szybko, a ja wiedziałem, że coś ukrywa.

- Z kim?- machnęła ręką, a ja porządnie się zdenerwowałem.- Cara, albo mówisz albo nie!

- Z kimś ważnym- spojrzałem wyczekująco, próbując przekazać, iż ta odpowiedź nic mi nie daje.- Z kimś ważnym dla ciebie.

- Co ty gadasz?- potrząsnąłem głową i zaśmiałem się głośno.- Nie nabiorę się.

- Nie chcę cię nabrać, już nie, chce pomóc... Dzięki temu pomogę sobie.

- Teraz to już kompletnie ci nie wierzę- wybuchnąłem śmiechem.- Ty pomóc mi...

- Oni mają 2 lub 3 dni, by go pokonać, musisz odkryć kto to Dave, musisz im pomóc- jąkała, a ja pogubiłem się kompletnie. Może miała rację, może nie, to była Cara. Tyle mi wystarczało.

- Nie obchodzi mnie, to co mówisz- wzruszyłem ramionami.

- Musisz, Prevc cholera inaczej...- spojrzała na telefon i przegryzła wargę.- Muszę iść.

- Super- chciałem iść i dokończyć mój spacer, ale ona chyba uwielbiała szarpać ludzi. 

- Nie możesz tego tak zostawić!

- Twój problem.

- Twój też! Stracisz ją na zawsze- serce zabiło mi szybciej, jakby rozumiało jej gadaninę.

- Kogo?

- Kogoś kogo kochasz, cholera musisz pomóc. Ona cię kocha, a on ją wykończył, dwa dni Prevc- nie rozumiałem tego co mówiła, moze nie chciałem, może gdzieś tam już wiedziałem.

Pobiegła szybko, a ja usiadłem na ławce. Serce waliło mi jak oszalałe, sam nie wiedziałem dlaczego. Czy się bałem? Nie wiedziałem czego. Z tej setki osób pozostało mi tak niewiele, nawet do jej kłamstw. Rodzice problemów nie mieli z nikim, siostry były jeszcze małe, a braci widziałem codziennie. Wiec co takiego mogłoby się stać? 

Była jeszcze ona, ale ona... Ona nie kwalifikowała się. Ona zniknęła, została wspomnieniem. Za szybko, abym stwierdził, czy walczyć, czy pozostawić ją w przeszłości. To mogłaby być ona, ale nie potrafiłem określić uczucia do niej. Za mało jej było, ale jednocześnie zbyt niezrozumiale. Miotałem się w miłości i w nienawiści, te uczucia są takie podobne... Gdybym, gdybym wiedział, że już jej nie ma, gdybym był pewien...

Więc zrobiłem to co ona, najzwyczajniej w świecie. Poczta była otwarta jeszcze pół godziny, a kartka papieru tylko lekko mokra od śniegu. Czy list wystarczy? Miałem nadzieję, że powie mi co mam zrobić, bo ostatnio czułem się zbyt pogubiony i przytłoczony, a podobno tylko miłość to potrafi. 

Więc po prostu pominę moje beztalencie pisarskie, pismo ledwo czytelne i upewnię się, że wszystko jest dobrze. Jeśli nie, wsiądę w pierwszą lepszą taksówkę i będę szukał ją po tym całym zasranym mieście.

Nieważne ile kilometrów przejadę, ile pieniędzy wydam, wystarczy, że spojrzę na nią, a będę wiedział, że zrobiłbym to jeszcze raz.


''Kochanie i kłótnie. oskarżanie, zaprzeczanie 
 Radość i chaos, demony, z których jesteśmy stworzeni
 Będę taki zagubiony, jeśli zostawisz mnie samego.''

______________________________________________________

Mogą być błędy za które bardzo przepraszam:<
Troche czasu mineło, ale zebrałam się.
Wszystkie rozdziały zostały poprawione, a ja dostałam weny.
Jeśli dużo osób zostało z przyjemnością będę kontynuowała bloga.
Miłego weekendu! <3 

piątek, 12 maja 2017

2.6

''Kiedy się tak pogubiliśmy?
Łatwiej było odpuścić
Tak wielu nie może nikomu powiedzieć
Trudniej jest powiedzieć Tobie.''


P.O.V Domen

- Hej- wyszeptałem cicho, skupiając swój wzrok na interesującym chodniku.

- Hej- jej głos drżał niemiłosiernie, zrozumiałem, że ona nie jest szczęśliwa.

- Jak u ciebie Ana?- uniosłem wzrok na jej twarz. Kolor jej oczu był wyblakły, wręcz bez życia. Skóra była blada, a sińce pod oczami było widać z daleka. Usta spierzchnięte, a na twarzy dwie małe blizny. Usiadła obok mnie, przytrzymując się kościstymi rękoma o oparcie ławki. Strasznie schudła.

- Jest dobrze- byłem pewien, że wymusiła uśmiech.

- Nie rozumiem jednego...

- Czego?- spojrzała na mnie niezrozumiale.

- Dlaczego cały czas mi kłamiesz?- spojrzała na mnie przestraszonym wzrokiem.- Przyszedłem tutaj, żeby dowiedzieć się prawdy...

- Chcę się pożegnać, ale nie chcę byś za mną tęsknił- oh, tak pożegnać. Zapomniałem. Ona odchodzi.

- To tak jakbyś dała komuś życie i powiedziała, że ma przestać oddychać.

- Prawda zbyt cię zaboli- ścisnęła moją rękę ze strachem, chyba wyczuła moją ochotę na ucieczkę.

- Już nic nie przebije tego bólu, kiedy nas zostawiłaś- warknąłem, całkowicie nie myśląc, o tym co mówię.- Ana, przepraszam, ja...

- Nie, ja rozumiem- poklepała mnie po ramieniu, wpatrując się we mnie zamglonym wzrokiem.- To co zrobiłam... Ouh, a jednocześnie... To wszystko jest za trudne na ciebie, ja wiem...

- Więc dlaczego mi tego nie ułatwisz?

- Ponieważ wtedy nie będziesz mógł spokojnie zasnąć, wtedy zrozumiesz, jaki świat jest naprawdę, a lepiej żyć w...

- Kłamstwie?- zapytałem z kpiną.- Tak się nie da.

- Co mam ci powiedzieć? Że niedługo umrę? Nie wyjeżdżam, ja znikam... Na zawsze- jeszcze nigdy (nawet przy swoich pierwszych skokach) serce mi tak szybko nie biło. Ona miała umrzeć? Ale z jakiego powodu? Dlaczego? 

- Oh...- w tej chwili tylko na to było mnie stać. Oparłem plecy o ławkę i zamknąłem oczy. Cholera miałem być mocny, miałem dorosnąć.- A Daniel?

- A coś nie tak z nim? Daniel ma przed sobą jeszcze całe życie!- zaśmiała się wesoło, ale mimo to w jej oczach widziałem smutek. Miała rację, może kilka rzeczy nie powinienem wiedzieć, żeby żyło mi się lepiej. Mimo to, nie wyobrażałem sobie, że jej nie będzie. Gdyby żyła, była szczęśliwa, zapomniała o nas, może dałbym radę. Ale śmierć? Och...

- Chcesz iść na ciepłą czekoladę?- kiwnęła głową i ruszyła przed siebie. Myślę, że ja również muszę ruszyć na przód, ale w trochę innym znaczeniu. Bo skoro nie będzie już jej, nie będzie osoby, która nauczyła mnie żyć... Chyba sam muszę dorosnąć.




''Jak mogę sprawić, żebyś została
Kiedy łatwiej pozwolić Ci odejść,
Nikt nie wie tego, co wiemy my.
Nikt nie musi wiedzieć.''


P.O.V Goran

- Trenerze, ale to będzie trudne...- wyjąkał Jurij, a chłopacy spojrzeli na mnie z niepewnością.

- Przecież go nie zabije- zaśmiałem się sakrastycznie. Aż takim wyrodnym ojcem nie jestem.

- No tak, ale...

- Nie bójcie się, poradzę sobie- zapewniłem, a Jurij i Daniel wyszli z pokoju.- Jak sobie radzisz?

- Dobrze- mruknął Aleksy i spoczął obok mnie.- Dziękuję ci, nawet nie wiesz jak..
.
- Miałem pieniądze na zbyciu, a twoja mama ich potrzebowała- uśmiechnąłem się szeroko, a chłopak spuścił głowę.

- Wstyd mi... To aż siedemdziesiąt tysięcy- machnąłem ręką i spojrzałem w jego oczy. Były szczęśliwe i pełne nadziei. Nawet nie nadziei, a ulgi. Jego mama wreszcie była zdrowa, a on mógł żyć tak jak zasłużył.

- To mój syn, a ja muszę sprzątać po nim ''brudy''. On pomógł ci w nie ten sposób, co powinien- potaknął.

- Dziękuję Goran. Ten plan się uda- wszystko było przygotowane, nic nie mogło się nie udać. Może nadal było ryzykownie i niebezpiecznie, ale mimo to zamierzałem walczyć. Nie z Dave'em Janusem, ale z synem, którego kilka lat temu straciłem. 

- Damy radę- spojrzałem na zdjęcie moje, Any i Dave'a. Uśmiechaliśmy się do kamery i byliśmy beztrosko szczęśliwi. Zmieniłem się nie do poznania od tego czasu, dlatego Ana mnie nie rozpoznawała. 

- Nikt już nie będzie siebie krzywdził, za dużo wyrządziliśmy temu światu, temu kraju, tej Planicy- wszystkie lata, kiedy niszczyliśmy każdego człowieka na naszej drodze, aby uzyskać sukces. Przesadziliśmy i zapomnieliśmy kiedy należy się zatrzymać. Ale teraz... Teraz wszystko się zmieni i będziemy tacy, jakich chciałaby Planica.



''Zadzwoń, kiedy się zdecydujesz, ale nie zrobisz tego
Złapana na tym jak bawiłaś się moim sercem
Tylko miłość potrafi wywierać takie wrażenie.''


P.O.V Peter

Przykryłem się kołdrą, zaciągając ją na całe ciało. Nienawidziłem poranków, nie tylko przez świecące i wnerwiające słońce. Nienawidziłem ich, bo nie widziałem większego sensu we wstawaniu. Jedzeniu posiłków, samemu byciu, ale Domen i Cene... Oni mnie potrzebowali. Mógłbym się załamać, bo byłem pewien, że już nic mnie nie zrani, że ona jest... Sam nie wiem, prawdziwa? Moja? Tak chyba tak... A okazało się zupełnie inaczej. Ale nie kochałem jej, to było za szybko na miłość. Znaczy tak mi się wydaję... Nie było chwili, rzeczy, osoby, która udowodniłaby mi, że ją kocham... Zależało mi na niej, chciałem ją mieć blisko, ale czy to była miłość? 

- Peter?- potrząsnąłem głową i spojrzałem na Cene.

- Tak?

- Jak się czujesz?- spojrzał na mnie zmartwiony i usiadł na fotelu. Czułem się koszmarnie, jakbym stracił cząstkę siebie, może coś więcej. To skakanie, to wszystko nie było już takie jak kiedyś. Spacery po parku we Planicy były inne. Były samotne i wyblakłe. A noce? Noce były chyba najgorsze, bo skłaniały do przemyśleń. Przybywało coraz więcej pytań, a odpowiedzi brak. 

- Dobrze- przysiadłem się obok niego.

- Udajmy, że wierzę... To nie tak, że chcę się wtrącać, ale już wiem wszystko i chciałbym wiedzieć, jeśli mogę, czy ty nadal do Any...

- Nienawidzę jej- powiedziałem szybko, jakby te słowa miały zaraz się okazać nieprawdą.

- Dlaczego?

- Za to, że żyję- warknąłem.- Za to, że tylko namąciła mi w głowie. Nienawidzę jej i tyle.

- Na pewno? Zastanów się dobrze bracie...

Czy jej nienawidziłem? Jasne, że nie, ale tak było łatwiej mi schować uczucia. Ona po prostu zabrała mi cały sens. To dla niej każdego dnia wstawałem, to by po prostu ją wkurzać, to by ją zobaczyć, to by porozmawiać. Czasem samo patrzenie na nią było dla mnie czymś wyjątkowym. Trwało to trochę czasu, ale wyleczyła mnie, sprawiła, że stałem się na nowo pięknym człowiekiem. Pokazała mi, że każdy dzień jest nową szansą, że przeszłość może zostać zapomniana, a teraźniejszość jest jedynym co mamy. Nauczyła mnie, że skoczków można postrzegać jako aniołów. Jednym dopiero wyrastają skrzydła, drudzy już me mają, ale trochę poobijane. A moje? Były połamane, zranione i nie potrafiły latać. Obiecała, że nauczy je latać od nowa, a ja do końca wierzyłem, że kiedyś wróci i mnie naprawi do końca.


- Nie zależy mi na niej, była przy mnie, ale teraz jej nie ma...- musiałem się upewnić, że mam rację, więc wyszedłem z pokoju, a moim celem stał się klub, alkohol, chęć zapomnienia.


*

- D-Dziękuj-ję, m-może...

- Wiem kim jesteś i wiem, że jeśli wypijesz za dużo to prasa cię nie oszczędzi- westchnąłem z trudem rozpoznając gdzie jestem.

Rzuciłem pieniądze na stół i chwiejnym krokiem wyszedłem. Na zewnątrz było ciemno i mocno sypał śnieg. Usiadłem na zasypanej białym puchem ławce, miałem wszystko jedno. Mógłbym nawet tutaj zamarznąć. Spojrzałem na gwiazdy i zaśmiałem się żałośnie.

- Mogłabyś być moją gwiazdą- przegryzłem wargę.- Ale wybrałaś go i stałaś się jego pieprzoną planetą.

-I cholera tak, kiedy słyszę piosenkę Mendesa, myślę o tobie... Ale wiem, że on traktuję cię lepiej, nie ja. Wiem, że on potrafi cię kochać... A ja ugh, gadam sam do siebie!- walnąłem z pięści w metalową część ławki i syknąłem z bólu. 

- Peter?- uniosłem głowę, słysząc głos Domena, który stał razem z Aną. Wszystko w niej było piękne, a ja z każdym spojrzeniem znowu się zakochiwałem. Idiota pieprzony.

- Nie, bo Jezus- warknąłem, a on spojrzał na mnie zawiedziony.- Okej, przepraszam, co chcesz?

- Znowu?

- Co znowu?- skrzyżowałem spojrzenie z dziewczyną, a ta patrzyła na mnie z żalem.

- Upiłeś się- wzruszyłem ramionami, a brat pokręcił głową ze zrezygnowaniem.- Jeśli co chwilę tak będzie to w końcu zachorujesz na coś, albo...

- Nie martw się nie zostawię was, nie tak jak ona- spojrzałem na dziewczynę z pogardą.- Dlaczego ty z nią przyszedłeś?



- Bo to moja Ana, ta która mnie wszystkiego nauczyła.

- I spierdoliła- zaklaskałem ironicznie.

- Ale była rozumiesz? Była, kiedy ciebie nie było i wybaczyłem ci Peter. Rodzina, czy nie rodzina, liczą się uczucia i poświęcenie. Kocham ją i nic nie jest w stanie tego zmienić. Nie będę zaprzeczał rzeczom, które są prawdziwe- spojrzał na nią ze łzami w oczach, a ta przytuliła go mocno.- Nie potrzebuję znać wszystkiego, wystarcza mi to, że jest tu teraz.

- Ona nas zostawiła dla Daniela, rozumiesz?!

- Do cholery, to wszystko jest nie jest tak jak myślisz! Nie zostawiłabym was, zrobiłam to bo...- uniosłem wzrok, a ona dopiero teraz zrozumiała, co powiedziała. Przerażona wycofała się kilka kroków, ale wpadła na drzewo.

- Zostawię was samych, Ana spotkamy się jeszcze- wyszeptał Domen, a dziewczyna to odmachała głową, to zbierała się do ucieczki. Podszedłem do niej i chwyciłem jej nadgarstek, przyciągając ją do siebie. Okłamała mnie? Czy ona do cholery mnie w coś wkręciła? Musiałem być silny i dowiedzieć się wszystkiego.

- Wyjaśnij, co jest nieprawdą...

- Nieważne okej? Przecież mnie nienawidzisz, tak?- wyjąkała zestresowana, próbując się odsunąć.

- O co chodzi z Danielem?- nalegałem.

- Oh, przecież ja go kocham...- spuściła wzrok i zaśmiała się nerwowo.- Jesteśmy razem szczęśliwi, wszystko jest w porządku, on sprawia, że jestem...

- Może kiedyś bym ci uwierzył, ale nie teraz. Proszę, powiedz mi prosto w oczy, że go kochasz...

- Czyli nie pamiętasz...- szepnęła. Uniosłem jej podbródek i przysunąłem twarz bliżej. Serce waliło mi, jak szalone.- Powiedziałam ci już raz, więc...

- Ale ja nie pamiętam, więc powtórz.



- Nie mogę- wzdrygnęła się z zimna, była ubrana nie za ciepło. Na dworze było kilka stopni na minusie, a ona nawet szalika nie miała. Spojrzałem na jej zarumienione policzki i straciłem całą kontrolę nad sobą. Złożyłem czuły pocałunek, a za nim kolejne i kolejne.- Peter, co ty...

- Powiedz, że go kochasz, a przestanę...

- Będziesz pamiętał, nie na pewno, ale szansa, że to zapomnisz, co powiedziałam, jest mała, a ty... Nie możesz pamiętać, wtedy...- wyjąkała, zamykając oczy i kładąc ręce na moich policzkach. Pocałunek w kąciku ust, pocałunek na nosie.- Ja...

- Powiedz to- wsunąłem ciepłą rękę pod jej bluzkę i delikatnie przejechałem po jej plecach.

- Pocałuj mnie- wyjąkała drżącym głosem. Wstrzymałem oddech i przysunąłem twarz blisko jej. Dzieliły nas milimetry, a moja ręka mocniej oplotła jej talię.

- Nie całuję się nie swoich dziewczyn- odsunąłem się powoli, ale ta gwałtownie mnie przyciągnęła.

- Nie jestem jego dziewczyną, do cholery nie kocham go i...- spojrzała w moje oczy, wzrokiem jakiego jeszcze nigdy nie widziałem. Tak jakby nigdy nie chciała mnie zostawić, jakby była tu dla mnie.- Zależy mi na tobie, trochę mocniej niż powinno, och po prostu mnie pocałuj...

Połączyłem nasze usta w czułym pocałunku i delikatnie popchnąłem ją na drzewo. Ułożyła swoje ręce na moim karku, a ja trzymałem ją najmocniej jak umiałem. Była wszystkim, co straciłem i miałem. Przegryzłem jej wargę, a ona wplątała dłonie w moje włosy. Uśmiechnąłem się szeroko, kiedy zaczęła ciągnąć za ich końcówki. Oderwałem się od niej i wtuliłem w siebie. Łza spłynęła po moim policzku, zrozumiałem co się stało, chociaż jutro mało będę pamiętać.

- To coś poważniejszego, prawda?- nie musiała odpowiadać, wiedziałem wszystko.- Więc po prostu chodź ze mną, bądź ze mną jedną z twoich ostatnich nocy...- chwyciłem jej zimną rękę i pobiegliśmy w stronę hotelu. Jej czułe słowa, które mówiła mi, jakby miało jej tu nie być za sekundę, jej dotyk, jej bliskość to wszystko sprawiało, że moje uczucia powracały i miałem wątpliwości. Może jednak złamani ludzie potrafią kochać?




''Kiedy o tym myślisz,
Czy pamiętasz mnie?
Czy odkryjesz, że nie ma żadnej innej miłości?
Nie ma innej miłości dla Ciebie.''


P.O.V Anastazja

Otworzyłam oczy i przejechałam wzrokiem po pokoju. Włosy Petera były rozwiane we wszystkie możliwe świata strony. Ucałowałam jego usta i pozbierałam swoje rzeczy z ziemi. Przeszukałam cały pokój, ale za nic nie mogłam znaleźć swojej bluzki. Włożyłam na siebie bluzkę chłopaka i usiadłam na łóżku. Chciałam mieć wyrzuty sumienia, ale nie potrafiłam. Kochałam go, ale nie mogłam być egoistką. nie mogłam miotać nim, zjawiać się i odchodzić.

- Kocham cię, ale nie uda mi się powstrzymać Dave'a. Nie możesz trwać w takim czymś, to by cię wykończyło kochanie. Kiedy po raz pierwszy cię spotkałam, nie sądziłam, ze cię pokocham, że będziesz dla mnie taki ważny. Życie lubi pożartować- przejechałam delikatnie kciukiem po jego ustach.- Kiedy się obudzisz, mnie już nie będzie... Teraz dobrze ci się śpi, wszystko jest na swoim miejscu. 

To znowu ja. 
Cieszę się, że mogłam być wczoraj z Tobą.
Cieszę się, że mogłam być Twoja.
Czas na pożegnanie, dobrze wiesz, że to już ostatnie.
Zbyt dużo wracamy do siebie...
Gubimy się i cholera po chwili znajdujemy.
To nie może tak być, to jest niezgodne. 
My jesteśmy niezgodni.
Nie wiem, ile pamiętasz... Mam nadzieję, że mało.
Namąciłeś mi w głowie i nie umiem za Tobą nie tęsknić.
Jakbym była na wielkim morzu.
A ty byłbyś jedynym statkiem, który przepływa.
Dałabym wszystko żebyś był tu ze mną.
Nie wiem, czy się spotkamy jeszcze.
Za to, co narobiłam powinnam iść do piekła.
Ty i Domen... Byliście najważniejsi w całym moim życiu, nic tego nie zmieni.
Budzić się z Tobą obok, to coś czego nigdy bym nie zmieniła.
To wszystko pozostanie razem ze mną.
Przy mnie, w moim sercu.
Twoja Anastazja
Och i Peter...
Wydaje mi się, że cię kocham.

Włożyłam długopis do torebki i zostawiłam kartkę na szafce. Miałam mało czasu, jutro kończył się TCS, a ja mało z niego pamiętałam. Po turnieju Dave miał po mnie wrócić, a to oznaczało jedno...



Nie lubiłam płakać, ani tym bardziej żegnać się, płacząc. Chłopak smacznie spał, a jego twarz zdobił delikatny uśmiech. Ucałowałam jego czoło i usiadłam jeszcze na chwilę. Peter miał mocny sen, nie było mowy, że się obudzi. Ułożyłam głowę na jego klatce piersiowej i wsłuchałam się w bicie jego serca. Och cholera, jak bardzo chciałam, aby biło dla mnie. Kiedy zegar wybił siódmą, wiedziałam, że to już pora. Spoglądnęłam jeszcze raz na Prevc'a, a serce mocno mnie zapiekło. Będzie dobrze, musi być. Wyszłam cicho z pokoju i przetarłam łzy, makijaż do kitu. Wsiadłam do swojego auta i oparłam ręce o kierownice. Teraz mogłam uwolnić wszystkie męczące mnie emocje. Straciłam go, musiałam go stracić. Na przemian uśmiechałam się i płakałam, bo ta noc cholera była piękna. Mój telefon zadzwonił, a ja byłam zmuszona odebrać.

- Czego chcesz?

- Powiedziałem ci, nie rozmawiaj z nimi, jeśli chcesz...

- Tak się nie da człowieku, ja mam uczucia w porównaniu do ciebie!

- Gówno mnie obchodzą twoje uczucia, nie będziesz szczęśliwa...

- Nigdy nie byłam i nigdy już nie będę!

- Przestań do cholery kłamać! Kiedy oni są blisko ciebie, jesteś taka jak w dzieciństwie!- zawiesił na chwilę głos, a w moim sercu narodziła się nadzieja.

- Ty też możesz być taki...

- Zabrałaś mi wszystko, rozumiesz?! Więc ja do końca życia będę zabierał ci wszystko, żeby patrzeć jak cierpisz...

- Będę przy nich, choć w małym stopniu, niezależnie, czy...

- Nie ośmielisz się Ana- warknął.

- A chcesz się przekonać? Człowiek, który nie ma już nic do stracenia, po prostu ma wszystko gdzieś i robi to, na co ma ochotę. Zostało mi kilka dni, 3, 8 nie wiem! Z każdym się pożegnam, rozumiesz?

- Przysięgam ci ty mała...

- Że nagadasz na nich, ze znajdziesz brudy z przeszłości? Chcesz winić niewinnych ludzi, kiedy to ja spieprzyłam ci życie? Pomyśl logicznie- wiedziałam, że to go przekona, wiedziałam, że chodzi mu tylko o mnie.

- Obiecuję ci, że jeśli spróbujesz być szczęśliwa, choćby jeszcze jeden raz przyjadę po ciebie i najzwyczajniej w życiu zabiję.

- Mam to gdzieś Dave.

 Bałam się jak cholera i jak cholera kłamałam. Nie mam nic do stracenia? Okej, może zostałam bez niczego, ale gdzieś tam głęboko wierzę, że oni nadal na mnie czekają. Musiałam się pożegnać z Jaką, Anze, Jurijem... Musiałam się pożegnać z tym wszystkim, co miałam. Dave po mojej śmierci nic im nie zrobi, więc im prędzej wszystko zakończę, tym szybciej sprawy się poukładają. A ich skrzydła będą znowu latać.



''Nie bój się tego
Nie zapomnij, że to było prawdziwe
Kiedy kochasz całym sobą
Kiedy dałeś wszystko, co można dać.''

-----------------------------------------------------------------------------------------
Przepraszam, że tak późno, ale wycieczka, nauka itd ;/
Mimo to mam nadzieję, że się spodoba wam^
Za niedługo już koniec, więc pewne sprawy trzeba wyjaśniać :)
Pozdrawiam cieplutko
Komentarz = motywacja <3 

*poprawiony*